Sygnały Strategii Zamówienie Przejdź do aplikacji




ARCHIWUM

» 2013 czerwiec

» 2013 maj

» 2013 kwiecień

» 2013 marzec

» 2013 luty

» 2013 styczeń

» 2012 listopad

» 2012 październik

» 2012 wrzesień

» 2012 sierpień

» 2012 lipiec

» 2012 maj

» 2012 kwiecień

» 2012 marzec

» 2012 luty

» 2012 styczeń

» 2011 grudzień


NEWSROOM
19 czerwiec 2013 r.

Skoro giełda dyskontuje przyszłość to warto ...

     Skoro giełda dyskontuje to, co z gospodarką ma się dziać w przyszłości, i robi to nawet z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, wniosek stąd taki, że o rozsądnym inwestowaniu trzeba pomyśleć znacznie wcześniej, zanim zielone światło pokażą wszystkie wskaźniki makroekonomiczne. Wielu inwestorów podjęcie swych działań na rynku uzależnia dopiero od publikacji dobrych danych lub gdy dane te stają się coraz lepsze. Przeważnie działanie takie jest jednak spóźnione, gdyż dane o PKB czy też inne dane makro publikowane są ze sporym, ponad 2 miesięcznym opóźnieniem. To jest tak, jakbyśmy kupowali czerstwe pieczywo jako świeże bułeczki bezpośrednio u piekarza, a mleczarz przynosił nam do domu od razu zsiadłe mleko. Jednak mimo tej „drobnej” niedoskonałości informacje te są przydatne i bardzo ważne. Praktycznie wszyscy uczestnicy rynku otrzymują je w tym samym czasie i stanowią ważny element tradingu. Z małym jednak wyjątkiem, który dotyka osoby korzystających z medialnej obróbki tych danych. Dokonują jej dziennikarze w postaci publikacji artykułów, komentarzy, wystąpień przed kamerami TV. Siłą rzeczy więc opóźnienie to musi być jeszcze większe. Gdy w mediach głośno mówi się o dobrej sytuacji gospodarczej, spadku bezrobocia, dynamice PKB, stopach procentowych, koniunktura gospodarcza już od dawna jest w wysokim stanie zaawansowania a decyzje tym bardziej będą spóźnione.

      Historycznie rzecz ujmując, indeksy giełdowe najpierw rosną, dyskontując poprawę w realnej gospodarce w przyszłości, a dopiero potem PKB ulega poprawie. Uzasadnienie jest banalnie proste, gdyż może wynikać bezpośrednio z samej procedury, czasu i obróbki danych statystycznych pozyskiwanych przez GUS. Analizując je można zauważyć pewną prawidłowość. W przypadku odwrócenia trendu spadkowego indeks giełdowy wyprzedza PKB o jakieś 4 kwartały oraz w przypadku odwrócenia trendu wzrostowego na spadkowy o ok. 2 kwartały (działa więc szybciej - efekt dynamiki bessy). Jednak w ujęciu historycznym, w sytuacji gdy PKB w przeszłości oficjalnie się poprawiał, nie można było już  na tym bardzo dużo zarobić. Stopy zwrotu wynosiły wtedy zazwyczaj kilka lub kilkanaście procent w skali roku. Tak więc w chwili obecnej, należy przyjąć, że część tych, dynamicznych wzrostów, zwłaszcza z początkowej fazy wzrostów mamy już za sobą. Od początku hossy w roku 2012 wyniosły one indeks WIG ponad 31% na północ. Od tego wyniku należy odjąć wielkość korekty z początku roku – 10% i dodać wartość wzrostów z maja. Jednak dalej, w miarę jak oficjalne komunikaty dotyczące PKB będą wskazywały na jego poprawę, przewidywalność a co za tym idzie i uspokojenie nastrojów na rynku spowoduje to, że giełda nadal powinna w miarę przyzwoicie się zachowywać a wzmocnienia efektu należy oczekiwać w niskich stopach procentowych.



    Schemat ten jednak dotyczy typowej, technicznej hossy, w której niemal wszystkie spółki na szerokim rynku idą do góry. W chwili obecnej mamy jednak do czynienia z hossą fundamentalną, bardziej selektywną. Rosnące spółki to podmioty, w których działa dobry zarząd, emitenci restrykcyjnie kontrolujący swoje zadłużenia, firmy konsekwentnie pokazujące wzrost wyników, zysków operacyjnych i o pozytywnych przepływach pieniężnych netto. Wzrosty, podnoszące poziomy indeksów powodowane są więc przez wybrane spółki, które najlepiej poradziły sobie z dotychczasową dekoniunkturą. Nie uzurpuję sobie nawet najmniejszego prawa by podmioty takie w sposób profesjonalny wyłuskać na parkiecie. Nie posiadam wystarczającego potencjału i zaplecza lub wręcz szkoda mi czasu. Decydując się na wybór funduszy inwestycyjnych zakładam, że zrobią to za mnie profesjonaliści w nich zatrudnieni a mi pozostanie jedynie ocena efektów ich pracy.

     Na rynku papierów dłużnych obserwujemy interesujące zachowanie rentowności polskich obligacji skarbowych. W efekcie tych zmian, na zwykłych funduszach obligacyjnych w ciągu ostatniego roku można było zarobić nawet dobre dwadzieścia procent (np. Arka Obligacji, ING, Skarbiec). Wynik nadspodziewanie poprawiła decyzja Banku of Japan, wydłużająca o kilka tygodni falę wzrostową tych wycen. Niewątpliwie zyskały na tym fundusze obligacji. Ostatnio prawidłowość taka obserwowana była w okresie 2002-2003 roku, kiedy to na giełdzie rozpoczynała się gigantyczna hossa 2003-2007 ze wzrostem rynku na poziomie ok. 310%. Spostrzeżenie to sugeruje nam, że od końca grudnia 2012 obserwujemy na giełdzie korektę hossy rozpoczętej wiosną 2012 roku. A jakie były efekty poprzedniej hossy? Krótko – satysfakcjonujące.

Rentowność dziesięcioletnich obligacji spadła w okolice 3-4 % w skali roku. Dziesięć lat temu, w podobnej sytuacji, przy rentowności około 10 % fundusze obligacyjne dały zarobić nawet 20-30 %. Wtedy była to też oczywiście zasługa dynamicznego spadku rentowności (wywołanej wzrostem cen polskiego długu). Oprócz odsetek od samych obligacji bardzo dużo zarabiało się na wzroście wycen samych obligacji (notowaliśmy wówczas inny poziom oficjalnej inflacji). Po tej fali musiały się znaleźć jakieś inne aktywa i wtedy były to akcje.



     Z pewnością aż takich wzrostów, na całej fali aprecjacji, tym razem nie będzie. Nie czeka nas powtórne przyjęcie do Unii Europejskiej, przyjęcie wspólnej waluty w najbliższym czasie też nam nie grozi. Ale jednak…, i mimo wszystko…, skoro dopatruję się analogii, coś musi być na rzeczy.



     Dla pełni szczęścia rozsądnie działającego inwestora brakuje jednak jeszcze jednego, mocniejszego tąpnięcia na rynku, które przed dalszą kontynuacją wzrostów oczyściłoby z wątpiących w rynek. Wiadomości z USA? Druga Grecja, Cypr, Turcja, Hiszpania? Nasze OFE? Decyzje wyborcze Niemców? Europejski Bank Centralny? Z pewnością jakiś medialny przekaz, powód tę burzę musi wywołać. Niewiadomo tylko jak długo ona potrwa i jak dotkliwe będą jej konsekwencje. Jedno jest już teraz pewne – powinno być taniej. Pisałem o tym na początku czerwca.
 


     Oczywiście rentowności obligacji mocno spadają tylko wtedy gdy inflacja załamuje się w efekcie spowolnienia wzrostu PKB i wzrostu bezrobocia. To efekt wynikający z cyklu koniunkturalnego. Podobnie więc było wtedy i jest teraz. To z kolei ma wpływ na niskie wyceny na giełdzie oraz na wysokość stóp procentowych ustalanych przez Radę Polityki Pieniężnej. W tym cyklu koniunkturalnym stopy procentowe z pewnością spadną do poziomów historycznie najniższych i prawdopodobnie utrzymają się dłużej. W Czechach wynoszą 0%, w USA – 0,25%, w strefie EURO – 0,75%, w Japonii, Szwajcarii również w okolicach zera. Nie widzę logicznego uzasadnienia dlaczego w Polsce stopy procentowe NBP aż tak bardzo miałyby odbiegać od stóp w innych krajach. W konsekwencji Polacy muszą się odzwyczaić, podobnie jak było w skutek nastania ery Balcerowicza z dolarem amerykańskim, od względnie wysokiego ich poziomu. To tylko kwestia czasu, kiedy proste lokaty bankowe przestaną „dobrze płacić”. Zadziała psychologia rynku. Na razie rentowność utrzymana jest delikatnie powyżej poziomu inflacji dzięki jej niskiemu poziomowi. Podwyżka stóp też nam nie grozi, co ewidentnie stałoby w sprzeczności z działaniami mającymi na celu pobudzanie gospodarki.  Polska do duży rynek konsumenta. Pobudzanie uzależnione jest od odpowiedniej polityki fiskalnej, stóp procentowych i w konsekwencji od konsumpcji (wewnętrznej i eksportu). W obecnej sytuacji względnie szybką poprawę wskaźników zapewnić może wzrost wydatków konsumpcyjnych, które poprawią efekty fiskalne w postaci wpływów z podatku WAT. Oczywiście nic nie będzie się działo w oderwaniu od sytuacji na rynkach zagranicznych, chociaż obserwujemy ostatnio słabe skorelowanie naszego rynku z zagranicą. Przyczyną są niewątpliwie nie do końca wyjaśnione kwestie związane z OFE.



     Sam fakt cyklu obniżek stóp procentowych na rynku w ujęciu historycznym oznaczał w konsekwencji  to co zostało odwzorowane na poniższym wykresie:



 

     Stąd moje przekonanie o możliwych w najbliższej przyszłości wzrostach.  Jest sporo polskich jak i zagranicznych zarządzających niedoważonych na akcjach. Zarządzający ci mają dylemat czy aby nie gonić już rynku w obawie, że przy dalszych napływach środków do TFI rynek im ucieknie. W takiej sytuacji powinniśmy pokonać szczyty z grudnia/stycznia a najlepiej te z 2011 r. i ruch wzrostowy powinien być kontynuowany, na co wskazywałyby też obecne fundamenty. Nie wydaje mi się, aby chętnie robili to już teraz, po zawyżonych względem kwietnia cenach. Mając taki potencjał kapitału z pewnością spróbują wykorzystać jakikolwiek pretekst do obniżenia tych poziomów. Klienci TFI zawsze wyznaczali dołek na giełdzie. Ostatnio w kwietniu 2013 roku. Jednak cały czas wiele osób boi się giełdy zwłaszcza po doświadczeniach z 2007 - 2008 oraz 2011 roku i unika funduszy akcyjnych. Wcześniejsze spadki są już nieistotne. Medialne szorowanie wskaźnikami makro po dnie gospodarki, przeciętny poziom P/E spółek notowanych na GPW jest dość niski (z pewnością daleko mu do skrajnego przewartościowania), perspektywa wypłat dywidend przez Spółki giełdowe, zwłaszcza z większościowym udziałem Skarbu Państwa (stopa dywidendy dla wielu z nich wynosi dwukrotność tego co można uzyskać na lokacie bankowej, chyba że zarządy tych spółek zagrają na nosie ministrowi finansów i dokonają duzych akwizycji wzorem PKO BP, KGHM-u), nowe fundusze unijne wypłacane z początkiem przyszłego roku (Polska wykazała niezwykłą sprawność w poziomie wykorzystania środków unijnych z poprzednich transz). Warto pamiętać przy tym, że w bankach gospodarstwa domowe posiadają ponad 500 mld zł oszczędności, a w bezpiecznych funduszach inwestycyjnych ponad 100 mld zł dodatkowego kapitału. Pytanie w jakim stopniu i kiedy, środki te zostaną przerzucone na giełdę. Dopiero wówczas narodzi się hossa, którą na wykresach dostrzegą już wszyscy, i z obawy przyglądać się będą jak „szybko im ten pociąg im odjeżdża”.

     Opcje są więc dwie: przeczekać lub podjąć ryzyko zakupów, wykorzystując niemal pewną korektę do akumulacji dynamicznych aktywów w portfelu i ewentualnie dopiero wtedy, gdyby działania okazały się przedwczesne, zacisnąć zęby, już z innego już powodu. "Przypływ wszyskie łódki podności", a  „Hossa zakończy się 8 marca 2014 r.”


«powrót


Strona główna  |  O nas  |  Opis aplikacji  |  Cennik  |  Kariera  |  Kontakt

©2011-2013 NaviFund Investment Sp. z o.o.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Serwis Navifund.com korzysta z plików cookies. Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich użycie.